dzień ojca

Święta „cywilne” mają to do siebie, że w dobrym tonie jest podarowanie czegoś dopasowanego do adresata prezentu. Próba dokonania takiego wyboru potrafi pokonać najtęższe nawet umysły bliskich. Nie inaczej jest w przypadku Dnia Ojca. Ale czasem wystarczy mała podpowiedź co do kierunku poszukiwań, a oświecenie na nas spłynie i pomysł na idealny prezent dla ojca stanie się oczywisty niczym wzór na pole kwadratu. W ramach przykładu jak szukać inspiracji, zamieszczamy poniższą opowieść syna zmarnowanego.

Mój stary był fanatykiem wszystkiego po trochę

Odkąd pamiętam, ojca zawsze nosiło. Po robocie wracał do domu, zjadał obiadek, co matka ugotowała, i siadał na kanapie przed TV-kiem. A tam zwykle to samo — obrady sejmu, agrobiznes, powtórka jakiejś telenoweli z Argentyny czy innej Wenezueli. No i reklamy. A jemu tylko noga chodziła, góra-dół, góra-dół, przez co stary parkiet trzeszczał jak M60 prujące seriami do niewidocznych partyzantów Wietkongu. Mamrał coś pod nosem, co jakiś czas rzucał do ekranu mięsem (to głównie pod adresem politykierów aktualnie nielubianej partii) i kręcił się od balkonu po przedpokój. Zaglądał do mnie, do mamuśki, do siostry, z psem nie wychodził, bo nie mieliśmy wtedy psa. No po prostu nie usiedział w miejscu, musiał się czymś zająć. Z czasem to się stało nie do zniesienia dla całego otoczenia.

Na jednej prywatce kumple mu powiedzieli, żeby se hobby znalazł, to spytał „gdzie?”, jakby o grzyby chodziło xD Trochę się wkurzył, że sobie z niego heheszki robią, ale mu wytłumaczyli o co biega. To było to. Ojciec miał cel, mógł się na czymś skupić. Zaczął baczniej oglądać reklamy w TV, a nawet te gazetki z marketów, co nam ciągle wrzucali do skrzynki, mimo naklejki, że ich nie chcemy. Szukał pomysłu na hobby, na siebie, na nadmiar wolnego czasu. Krążył niczym rekin ludojad między hawajskimi surferami. I w końcu zwietrzył krew (dosłownie). Trzeba przyznać, że wypalił od razu z grubej rury.

Tata postanowił zostać myśliwym

tata myśliwy

— Wiem! — Ryknął pewnego dnia, gdy natrafił na promocję odzieży myśliwskiej.

Mama ze strachu upuściła garnek z wodą na rosół, przez co zyskaliśmy niepowtarzalną mozaikę na jednej z płytek w kuchni. No i ekstra mycie podłogi, w sumie warto było, bo i tak nie lubię rosołu. W każdym razie spytaliśmy co takiego wie, to powiedział, że znalazł hobby i zostanie myśliwym. Każde z nas w duchu się ucieszyło, bo przecież fajnie tak na świeżym powietrzu, poza domem, wybiega się, uspokoi itd. O słodka naiwności…

Przez pierwsze dwa tygodnie dowiadywał się co i jak z pozwoleniem na broń, samą bronią, potem ciuchy, porady, techniki strzelania, nagonki i cała reszta tego badziewia. Odkrył, że Internet to nie tylko głupie filmiki i odmóżdżające gry, tylko skarbnica wiedzy wszelakiej. Pa pa komputerku, bo oczywiście siostra się uczy do matury, a ja nie robię nic istotnego dla losów ludzkości. Od kiedy na maturze zdaje się makijaż i malowanie pazurów?

Ogar piekieł

Któregoś dnia papcio wrócił do domu z psem, podobno na ulicy się przypałętał. Bydlę wielkie jak dorodny cielak, warczał na wszystkich oprócz ojca i upatrzył sobie na legowisko dywanik w łazience przed sedesem. Osiągnąłem mistrzostwo w technice żelaznego pęcherza. Tatko zbył wszystkie nasze komentarze, że to może czyjś, że uciekł i go szukają albo ma wściekliznę. Stwierdził, że Huberta (tak ochrzcił tego Cerbera) wytresuje na psa myśliwskiego. Bercik najwyraźniej miał inne plany na przyszłość, bo już na pierwszym wypadzie do lasu (jeszcze bez strzelania ani nic) poszedł w długą i tyle go widzieliśmy. Rozpacz ojca trwała kilka dni, ale ulitowaliśmy się i zabraliśmy go do schroniska wybrać mu innego psiaka, tym razem o mniej demonicznym pochodzeniu. W imię zasad nazwaliśmy go Boguś i jest z nami do dziś, chociaż do polowań się nie nadaje, bo nie lubi hałasu. Jego szczęście. Mniejsza z tym, wracając do ojca.

Śrut w nocnej ciszy

Okazało się, że wszystkie te załatwienia, członkostwa itd. trochę trwają, więc żeby nie marnować czasu poczynił zakupy. Zaopatrzył się w sklepie COMBAT xD w kurtkę, polar, spodnie, rękawiczki, ponczo przeciwdeszczowe i buciory do łażenia po lesie. Nawet ładne, nie powiem nie. Do tego sprawił sobie wiatrówkę, żeby poćwiczyć trochę strzelanie. Z tego się nawet ucieszyłem, bo w sumie fajna sprawa podziurawić puszki na działce. Wprawdzie na początku strasznie się czepiał: że pozycję mam złą, że na wydechu a nie wdechu, że mi ręce chodzą jak mieszadło w piekarni, ale w końcu dał sobie spokój, bo dostał się do koła łowieckiego, kupił strzelbę i przeszedł na poziom pro, zostawiając wiatrówkę do mojej dyspozycji. Profit.

Kuchenne ewolucje

Z początku było średnio z jego skutecznością i wracał sfrustrowany, ale w pewnym momencie połapał się w te klocki i w życiu naszej rodziny nastąpił czas dziczyzny. Poniedziałek: pieczeń z dzika. Wtorek: gulasz z sarny. Środa: pasztet z zająca. Czwartek: kaczka z jabłkami. Piątek: placki ziemniaczane z sosem grzybowym. Sobota: bażant pieczony. Niedziela: rosół na wszystkim, co zostało i schabowe z dzika. Po miesiącu prawie płakaliśmy przy stoiskach z warzywami w sklepie, a moje nerki przygotowywały się do nakręcenia własnej wersji Prison Break. Żeby nieco urozmaicić menu, matka szukała coraz to nowych przepisów i tak się w kuchni ogarnęła, że poszła do Master Chefa. Nie wygrała, bo tam oprócz mięcha były też desery i dania wegetariańskie, ale spróbowała i teraz jest wśród koleżanek celebrytką.

Niebezpieczne zajęcia

Na domiar złego po niedługim czasie okazało się, że te polowania to groźna zabawa. Tata ciągle wracał z kleszczami, ale na to wystarczyły repelenty i odstraszacze ultradźwiękowe. Gorzej, że czasem coś szło mocno nie tak. Raz wrócił z rozciętą łydką, jak go dzik znienacka zaatakował. Innym razem spadł z drzewa i stłukł kość ogonową. Któryś tam jego ziomek z koła o mały włos nie odstrzelił jakiegoś bushcraftera, co sobie biwakował w głuszy (bo po prostu go nie zauważył w tym kamuflażowym szpeju). Generalnie strefa wojny. Dlatego kupiliśmy ojcu dobrze wyposażoną apteczkę i posłaliśmy na rozszerzony kurs pierwszej pomocy, a matka podszkoliła go z haftu krzyżykowego i fastrygowania.

Przygoda taty jako myśliwego trwała około rok. W międzyczasie wdrożył się w temat także na forach i w samym kole łowieckim. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, pojawiły się tu i ówdzie jakieś zgrzyty, różnice zdań i takie tam animozje. A oczywiście ojciec, jako zaangażowany członek społeczności, tak łatwo nie odpuszczał. Na którymś polowaniu pokłócił się o jakąś bzdurę z innym myśliwym, dał tamtemu w zęby i go zawiesili. Swoje frustracje przeniósł na fora, gdzie też wdawał się w pyskówki, że dzika to się tnie od dołu do góry czy na odwrót, a że nóż to tylko ze stali węglowej i w ogóle nikt się nie zna od niego lepiej. W efekcie po niedługim czasie dostał wszędzie bany, wkurzył się, sprzedał giwerę i dał sobie z polowaniami spokój. No i wrócił do punktu wyjścia. Ale nie na długo.

Ojciec majsterkowicz

tata majsterkowaicz

Mając chwilowo dość przyrody, padre skierował swój wzrok na mieszkanie. Jako że nasze lokum do najnowszych nie należy, to i wyposażenie miało swoje lata, co objawiało się drobnymi awariami tego i tamtego. Opadające drzwiczki szafki, otwierające się drzwi, trzeszczące krzesła, rozwalone gniazdko… Ojciec postanowił zabrać się za naprawy, ale stosunkowo szybko materiał do działania się skończył i wszystko działało tip-top. Chyba w życiu nie słyszałem, żeby ktoś narzekał, że kiedyś to robili porządnie, nie to co teraz. Wobec tego stwierdził, że będzie ulepszać. Znowu zostałem wysiedlony z kompa, bo zaczął szukać inspiracji na YouTube i innych Pinterestach. Najbardziej wkurzał się oglądając filmy w stylu „komplet mebli kuchennych za 300 złotych”, gdzie do ich wykonania były potrzebne narzędzia za parędziesiąt tysięcy.

Narzędziowe Love

Ale nawet pomijając takie cuda na kiju szybko okazało się, że wyposażenie ojcowskiej skrzynki narzędziowej najprędzej mogłoby przydać się w reality show „Ja i mój tężec”. No i się zaczęło — fora, grupy na fejsie (tak, specjalnie sobie założył w tym celu), sklepy stacjonarne i online, opinie, recenzje, testy, kłótnie o rozmiar kleszczy itd. Rzecz jasna, jednym z pierwszych zakupów był scyzoryk, bo się naoglądał 20 lat temu jakiegoś serialu z typem w obciachowej fryzurce. Nawet puścił mi intro z tego, pamiętam pełno wybuchów i muzyczkę zagraną chyba na keyboardzie Casio z najbardziej tandetnym brzemieniem. Magajwer to chyba się nazywało. Podobno nawet remake zrobili, ale wszyscy w necie jednym głosem piszą, że gorszy niż oryginał i to mnie naprawdę przeraża.

Prawdziwy szok tatko zaliczył odkrywając istnienie multitooli. Kupił od razu dwa różnych marek i zaczął porównywać, sprawdzać co gdzie lepsze. Jak już się w miarę ogarnął w temacie co mu trzeba, a mówił o tym głośno, wielokrotnie i przy każdej okazji, to sprawiliśmy mu idealny prezent dla majsterkowicza — wypasionego toola, prima sort, górna półka. Wszystko tym robił. Jak sobie dokupiłem RAM-u do kompa i zacząłem odkręcać plebejskim śrubokrętem obudowę, to dosłownie teleportował się do mojego pokoju i ochrzanił jak golonkę w knajpie koło autostrady. Że co ja używam i że to nie takie nacięcie ma ta śruba jak śrubokręt, a potem zryję śrubę i się nie da wykręcić i trzeba będzie nacinać (szczerze to pewnie na to liczył po cichu). Wyjął swojego sssskarba multitoola, minutę dobierał odpowiedni bit, po czym w dwa obroty później śrubka wyszła w całości. No bohater, co ja bym bez niego zrobił?

Składana pułapka

Ale równolegle rozrastał się też warsztat maszynowo-narzędziowy, co pozwoliło ojcu w końcu zrealizować swoje plany ulepszeń mieszkania. Co najgorsze, niektóre rzeczy robił totalnie bez informowania kogokolwiek z domowników. Wybitnie spodobały mu się patenty na składane meble i zaczął to stosować wszędzie. Mama chciała kiedyś zetrzeć kurz pod telewizorem i poprosiła, żebym dźwignął to nasze okienko na świat. Podniosłem, ona przejechała raz ścierką, coś kliknęło i półka bach! Złożyła się do ściany, wybijając matce przy okazji dwa palce i krusząc tynk. Krzesła się składały, stoły, kanapy, wszystko co się dało. Zrobiliśmy interwencję, żeby trochę zbastował albo chociaż kartki wywieszał, że coś może zabić bo działa inaczej niż dotychczas, to się obraził twierdząc, że nie rozumiemy jego geniuszu.

Ojciec kontra spółdzielnia

W ramach przygody z majsterkowaniem odkrył, że w spółdzielni „to same debile i komuchy, co na wyjście do kibla potrzebują uchwały zarządu”. A poszło o pozwolenie na założenie składanej markizy na balkonie. Odpisali mu najpierw, że nie bo elewację zniszczy. Jak im wysłał zdjęcie tej elewacji o fakturze zbliżonej do polskich dróg, to coś tam pletli, że nie można bo uchwała zarządu. To się spotkał z zarządem i jakoś nawet pokojowo załatwił, że on w ramach wyjątku może. Ale dział techniczny określił wymagania i znowu się zrobiła inba. Dlaczego? Ponieważ założeniem markizy ma się zająć profesjonalna firma, a ojciec na to, że to sami partacze co pieniądze biorą za zrobienie gorzej niż on zrobi, bo przecież wiadomo, że dla siebie się robi porządnie, a innym to na od… wal się. A on sobie sam zbuduje tę markizę i zamontuje, a ona przeżyje jego, nas i nasze dzieci. W końcu urwali kontakt, więc zamontował bez pozwolenia, ktoś doniósł, kazali zdemontować, kara za zwłokę, policja, nadzór budowlany, cyrk na kółkach. Ale jakimś cudem wywalczył, że ten jego szkaradny stelaż z obrusem zalegalizowali i tak sobie łopocze przy każdym podmuchu wiatru doprowadzając nas do szału.

Efekciarski Dodatkowy Ciężar

Przy okazji multitooli dowiedział się też o czymś takim, jak EDC, czyli graty targane przy sobie na co dzień. Jak dla mnie to ubranie, portfel i telefon, ale goście na tych grupach zrobili z tego formę kolekcjonerstwa. Ma-sa-kra co typy dźwigają po kieszeniach, chyba gacie szyją sobie z kevlaru. Komplet zwykle wygląda tak: nóż składany, scyzoryk, multitool, latarka, zegarek, czasem jakieś bezużyteczne bibeloty typu dziurawa kostka z mosiądzu. Do tego mają np. komplety na każdy dzień i wrzucają fotki całego wyposażenia w miedzi albo carbonie. No nawet ładne niektóre, ale po co? Za to ojcu mało gały nie wyskoczyły jak to zobaczył i też zaczął zbierać swój zestaw, po czym robił fotki i się chwalił. Nerkę sobie dokupił taką na pasku, bo mu spodnie spadały, i nosił cały ten kram „bo się może przydać”. Jego nogi, jego wybór.

Ale nastąpiła powtórka z rozrywki, za bardzo się wczuł w temat, ego mu rosło z każdą nową sztuką sprzętu, wdawał się w pyskówki, leciały inwektywy i koniec końców powywalali go z grup, zbanowali na forach, finito z EDeCowaniem. Posprzedawał wszystko oprócz standardowych narzędzi i kilku ulubionych oraz kolekcjonerskich kieszonkowych gadżetów. Przyszły kolejne dni pełne rosnącego napięcia, podczas których znerwicowany tatko tak często brał psa na spacery, że ten aż się chował na jego widok preferując jednak domowe ciepełko. Gdy kurz wojenny nieco opadł, a usprawnione meble częściowo wróciły do stanu początkowego, bo sam poeta zaczął powątpiewać, co miał na myśli, kumple ojca znowu uratowali sytuację.

Tata próbuje wędkarstwa

tata wędkarz

Zaproponowali mojemu starszemu wyjazd na ryby, bo to takie relaksujące, można odpocząć, na spokojnie posiedzieć blisko natury i jakiś, hehe, soczek wypić pod rybkę, bo ta rzekomo lubi pływać. Jak na mój gust, to ryby chyba nie mają wiele do gadania (ba-dum-tss) i pływają raczej z konieczności niż dla frajdy. Ale naukowcem od ryb nie jestem, to może się mylę. Początkowo ojciec nie był wybitnie rozentuzjazmowany perspektywą siedzenia w krzakach, bo wspomnienie łowczych przygód było wciąż dość silne, ale ostatecznie dał się namówić.

Zaleta tego hobby była taka, że w sumie większość sprzętu już miał, a szpej typowo wędkarski mieli kumple i mogli pożyczyć na sprawdzenie, czy złapie przynętę (hehe). Ciuchy w wojskowym klimacie wprawdzie nie pomagają ukryć się przed rybami, ale zwykle są ciepłe, oddychające i dobrze sobie radzą z deszczem. Do tego miał multitoola, nóż, scyzoryk, latarkę, czyli wszystko potrzebne do gmerania w rybich paszczach i bezpiecznego łażenia po krzakach w ciemności. A że podobno na ryby nie zawsze się jedzie łowić, to profilaktycznie w ramach prezentu na Dzień Ojca (bo to jakoś wtedy było) dostał tata alkomat.

Wrócił. Z rybą. Jakimś małym, oślizgłym, capiącym szlamem karpiem czy innym okoniem. Kazał sobie przyrządzić, stwierdził że pycha i to jest jego nowa droga w życiu. W niedługim czasie zawalił pół mieszkania Wędkarzem Polskim, Światem Wędkarza, Super Karpiem i innymi gazetkami o moczeniu kija w wodzie… Ale to już materiał na osobną opowieść.


Mamy nadzieję, że w Waszych domach nie musicie borykać się z podobnie ekstremalnymi sytuacjami, ale gdyby coś się komuś skojarzyło, to może powyższy tekst będzie pomocny w doborze prezentu na Dzień Ojca. Darz bór!

Tekst ma charakter satyryczny i nie powstał w celu obrażenia kogokolwiek, nie jest również oficjalnym stanowiskiem autora ani ekipy sklepu combat. Szanujemy myśliwych, majsterkowiczów, wędkarzy i miłośników EDC :) Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń i sytuacji jest czysto przypadkowe.